Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty

18 grudnia 2014

Króliczka lepiej jest gonić - wywiad z Katarzyną Groniec

fot. Krzysztof Antczak


Artyści, których słowa interpretuje Pani na scenie, nie są już szczególnie bliscy młodszym pokoleniom. Co w tych piosenkach może obecnie przyciągać, a co może być nieatrakcyjne dla młodych osób wychowanych na zupełnie innej muzyce?

Trudno mi powiedzieć. Trzeba spróbować tych piosenek, żeby je poczuć i mieć pewność, że to nie jest coś zbyt starego, zbyt nieaktualnego. Piosenki z „Wiszących ogrodów” są piosenkami bardzo leciwymi, niektóre mają nawet osiemdziesiąt lat. Ale jednocześnie nie straciły na aktualności. Kondycja ludzka niewiele się zmieniła, zmieniły się tylko czasy. Problemy pozostały te same i w zasadzie nie trzeba być orłem, by móc odnieść je do tego, co dzieje się dziś. Jeśli chodzi o Osiecką – to poezja, do tego bardzo nośna. Wybrałam takie piosenki, które można było przełożyć na elektroniczne brzmienie, chciałam oprawić je w nową formę. Myślę, że właśnie to może pomóc młodemu człowiekowi w odbiorze tej muzyki, jeśli odnajdzie w sobie w ogóle chęć sięgnięcia po nią.

Jakimi trzema przymiotnikami określiłaby Pani piosenki Agnieszki Osieckiej?

Są kobiece. Są mądre. Są w jakiś sposób naznaczone. Jej charakterem. Wydaje mi się, że Agnieszka Osiecka była specjalnym rodzajem człowieka. Takim… ucieczkowym. I w jej tekstach jest bardzo dużo tej niepewności, zakochań, poszukiwań, ucieczek. W „Zoo”, oprócz  tych piosenek, które rozpoznaje rzesza publiczności, śpiewam również piosenki mało znane. Znalazłam dużo takich, których sama nigdy wcześniej nie słyszałam. I zaskoczyło mnie to, jak dużo piosenek-wierszy Agnieszka Osiecka napisała.

Znalazła Pani wśród nich utwory szczególnie wyjątkowe?

Tak. Znalazłam właśnie tytułowe „Zoo”, „Dance macabre” – piosenki o śmierci, chyba pisane właśnie w późniejszym okresie życia, dla teatru.

Czym kieruje się Pani włączając kolejne piosenki do swojego repertuaru?

Realizuję projekty. Co jakiś czas wydaję nową płytę - albo są to piosenki autorskie, albo pewne przemyślane całości. Teraz wspólnym mianownikiem jest oczywiście Osiecka. Na poprzedniej płycie była to wycieczka do tego, od czego zaczynałam – był Jacques Brel, Bertolt Brecht, Nick Cave i Paolo Conte. Wcześniejsza płyta była autorska, jeszcze wcześniej były to „Listy Julii”, czyli piosenki Elvisa Costello.  

Wobec tego czym różni się wykonywanie autorskich piosenek od wykonywania tych już zastanych?

Kiedyś była to ogromna różnica, teraz już nie. Wychowałam się na cudzych utworach, wzięłam się z teatralnego traktowania piosenki. Uczyłam się na  mistrzowskich tekstach.

Na tych do których nieustannie odwołuje się Pani na scenie.

Tak. I to mnie zamknęło na całe lata. Wiedząc, jak dobrze można napisać piosenkę, bałam się szukać własnego języka. Było mi z tym trudno, zrodził się problem – jak to zrobić, żeby odczepić się od geniuszu idoli i mimo wszystko spróbować mówić swoim własnym, niedoskonałym językiem?

Była to pewna obawa przed niedorównaniem ikonom?

Pewnie... Zaczęłam się poważnie martwić czy w ogóle mam swój język. Czy wpływ autorytetów był tak ogromny, że znalezienie go nie jest możliwe? Długo docierałam też do własnego sposobu interpretacji. Zajęło mi ładnych kilka lat, by wypracować swoją kreskę.

Czyli już się Pani znalazła? Istnieje esencja Katarzyny Groniec?

Tak, odnalazłam się i znalazłam  w momencie, w którym już wiem kim jestem. Udało się dobrnąć do siebie a i w międzyczasie sporo się o sobie dowiedzieć.

Jako o artystce, czy po prostu o człowieku?

O sobie jako człowieku dowiaduję się z dnia na dzień. Raczej skupiłam się tu na śpiewaniu i szukaniu własnej drogi artystycznej.

À propos, jak sama oceniłaby Pani swoją pozycję na polskim rynku muzycznym / artystycznym? Chciałaby Pani zmienić coś w tej kwestii?

Nie zastanawiam się nad tym. Po prostu robię to co lubię robić. Mam publiczność, dla której mogę grać. Więc przemyślenia w stylu „kimże ja jestem na tej scenie muzycznej naszego kraju?” niezbyt mnie zajmują. Zajmuje mnie raczej rozmyślanie nad tym co dalej. Co teraz chciałabym zrobić, co chciałabym powiedzieć. Od lat działam w określonej i stałej grupie słuchaczy. To jest dla mnie bardzo cenne. Zastanawianie się co powinnam zrobić, żeby poszerzyć grono odbiorców, mogłoby doprowadzić mnie do głębokiej frustracji wynikającej albo z porażki wpisanej w takie kalkulacje, albo pójścia na jakiegoś rodzaju  kompromis, który być może zamordowałby mi tę grupę, która mam. Więc jedyne co mogę robić to uczciwie pracować; liczyć na to, że ta praca zostanie dostrzeżona i zwyczajnie doceniona. I to właśnie otrzymuję od ludzi, gdy jeżdżę z koncertami.

Jak muzyka wpływa na świat?

Na świat? To strasznie ogólne pytanie. Mogę co najwyżej powiedzieć jak wydaje mi się, że muzyka wpływa na ludzi i czy w ogóle jest potrzebna.

Jest?

Jest?

Myślę, że tak.

Uff... To dobrze. Często myślimy,  że przede wszystkim trzeba ludzi nakarmić, napoić, zabezpieczyć i wtedy dopiero mogą myśleć o czymś więcej, niż chlebie i spaniu. Racja. Ale z drugiej strony, jeśli przyjrzeć się uważniej, to przecież w czasach naprawdę podbramkowych bardzo często jedyną ucieczką i zapomnieniem była sztuka.

Może teraz też tak jest, tylko zagrożenia są inne.

Brak edukacji. Jeśli  nie uczymy dzieci słuchać muzyki, trudno wymagać, żeby jako dorosłe osoby chciały słuchać czegoś innego, niż disco polo. Po prostu nie będą potrafiły. Wiem, że matematyka jest fascynująca, ale ponieważ jej nie rozumiem zasnę przy pierwszym lepszym zadaniu tekstowym. Jeżeli ktoś nie szuka i nie czuje potrzeby poszukania, to przecież nic się samo nie zmieni w tej kwestii.

W czym Pani zdaniem przejawia się wyższość „gonienia króliczka” nad złapaniem go?

(śmiech) W tym samym, w czym przejawia się wyższość bycia w podróży od dotarcia do celu.

To samo można powiedzieć o marzeniach?

Spełnienie marzeń często nie jest takie, jak marzenie o ich spełnieniu (śmiech). Zazwyczaj nic się nie zgadza, albo jakiś element wyrzuca w kosmos cały misternie ułożony plan i okazuje się, że to nie tak miało być. Niby się spełniło, ale jednak wcale nie i…

I króliczek wcale nie jest taki mięciutki.

I ugryzł (śmiech) i w ogóle nie pachnie siankiem. Więc lepiej jest gonić.

fot. Krzysztof Antczak

Wywiad przeprowadziła Paulina Bruderek
(Gniezno, 13.12.2014 r.)


Fotorelacja z występu:

16 grudnia 2014

"Dobre pytanie jest bezcenne" - wywiad z Jackiem Żakowskim

fot. Katarzyna Adamczyk-Kuźmicz

Jako dziennikarz i komentator rzeczywistości niejako przemyśla Pan świat dla innych. Znajduje Pan czas na myślenie dla siebie?

(śmiech) Dla mnie to są prywatnie bardzo ciekawe zagadnienia. Nie potrafię zajmować się rzeczami, które mnie nie interesują. Więc oczywiście przede wszystkim myślę dla siebie, pracuję dla siebie, czytam dla siebie, dowiaduję się dla siebie. Dopiero potem się tym dzielę. To trochę tak, jak z kucharzem, który jest strasznym łakomczuchem – gotuje z przyjemnością, bo zawsze coś uszczknie z każdego garnka. Nie potrafię inaczej.

Czyli dziennikarzem się jest, a nie bywa.

W moim przypadku tak. Ale dziennikarze są różni, to bardzo rozległy zawód. Niezwykle trudno jest te wszystkie osoby, które są dziennikarzami, wrzucić do jednego worka, wypracować dla nich jakąś jedną zasadę. Ale są koledzy, którzy potrafią się rozczłonkować – nagle przechodzą do polityki, administracji czy stają się businessmanami – z dużym niektórzy sukcesem. Zmieniają profesję i faktycznie przestają być dziennikarzami. Ale mnie nic innego nie pociąga.

W związku z tym – jako współuczestnik i współtwórca tego środowiska ma Pan jakąś własną, prywatną i niepodręcznikową klasyfikację typów dziennikarzy?

Powiedziałbym, że może choć nie odnosi się to specyficznie do dziennikarzy, mi bardzo odpowiada klasyfikacja, którą stosował – w ogóle wobec ludzkości – Jacek Kuroń. Stwierdził on, że są ludzie dnia codziennego i ludzie idei. To dotyczy również dziennikarzy. Niektórzy są fachowcami w tym co robią, profesjonalistami, ale tak naprawdę żyją tenisem, wychowywaniem dzieci albo czymkolwiek innym. Z drugiej strony są dziennikarze, którzy rzeczywiście tym żyją, którzy tylko z tym się identyfikują. I to jest podstawowa klasyfikacja.

To prosty, dwubiegunowy podział. 

Tak, bo pracują w odmienny sposób. Robią różne rzeczy. Wszystko inne to dziesiątki różnych podziałów, nie wiem, news, publicystyka…

Czyli po prostu podziały gatunkowe.

Tak, gatunkowe. Ale to, o czym powiedziałem, wydaje mi się podstawowym podziałem. I to od razu widać. Nie mam odwagi mówić po nazwiskach, ale myślę, że jest to bardzo silny podział.

Subiektywizm czy obiektywizm – co Pańskim zdaniem jest cenniejsze w dzisiejszych mediach?

To są fałszywe kategorie. Nie ma subiektywizmu, nie ma obiektywizmu. Obiektywizm to cecha Boga – dlatego sąd Boży jest trafny, a ludzkie są na ogół nietrafne. My zawsze mamy poglądy; zawsze mamy swoje uprzedzenia, sympatie, antypatie, zainteresowania. Istnieje takie proste ćwiczenie – dla Pani jako adeptki powinno być interesujące – załóżmy, że ma miejsce wypadek drogowy. Zjawiają się reporterzy z kilku redakcji. Każdy z nich zobaczy coś innego – jeden odnotuje zniszczony samochód, drugi martwą kobietę, trzeci płaczące dziecko, czwarty korek, który powstał… Każdy z nas odbierze to inaczej. I po części możemy to kontrolować poprzez warsztat – słynne kto, gdzie, kiedy i tak dalej. Ale działa to tylko częściowo. Ma to różne źródła – kulturowe, biologiczne i tak dalej. W związku z tym uważam, że najlepiej byłoby, gdybyśmy byli możliwie jak najbardziej transparentni, szczerzy wobec naszych odbiorców. Ja na przykład myślę, że mam – z bardzo różnych względów – jak na Polskę dość lewicowe poglądy. I sądzę, że to trzeba otwarcie powiedzieć na początku.

Po prostu przedstawić się i swoje poglądy odbiorcom, by poznali perspektywę?

Tak. Na przykład ja, gdy łoję Leszka Millera w rozmowie, to z mojej lewicowej pozycji, bo uważam, że jest za mało lewicowy (śmiech). Ale problem, a raczej nasza uczciwość polega na tym, że nawet jeśli jest on lewicowym politykiem, ja nie będę go z tego powodu chronił, kiedy postępuje w sposób, który ja uważam za niesłuszny. I to jest ta uczciwość, tak zwana bezstronność dziennikarska. Nie możemy być obiektywni – wszak nie jesteśmy bogami; musimy mieć jednak tę świadomość, że jesteśmy subiektywni, że nasze oceny są subiektywne, nietrafne, zawsze patrzymy przez ich pryzmat i możemy się mylić. Więc wobec tego musimy dopuścić, że inni mogą mieć rację i to jest najsilniejszy argument za pluralizmem mediów. Ważne jest to, żeby był on czytelny, nie można jedynie udawać, że jest się obiektywnym dziennikarzem.

Czyli istnieje sposób, by złączyć obie kategorie w nową jakość?

Ma Pani rację, można tak powiedzieć. Pamiętając, że – jak już powiedziałem – są to fałszywe kategorie. Powinniśmy być bezstronni. Bezstronni, czyli za żadną ze stron konfliktu nie stawać w tym sensie, że będziemy ją preferowali dlatego, że jest nasza. Ja mogę popierać Leszka Millera dlatego, że  moim zdaniem ma trafny pogląd w jakiejś sprawie. Ale jeżeli czasem w mojej opinii ma pogląd nietrafny, a za to Kaczyński ma trafny – co też się czasem zdarza - to mam obowiązek o tym powiedzieć. I to jest trudne, bo ludzie mają skłonność do stadnego zachowania. To jest moje stado i będę go bronił – to jest nieuczciwe u dziennikarzy.

Co jest ważniejsze – stawianie pytań czy uzyskiwanie na nie odpowiedzi?

To jest bardzo dobre pytanie (śmiech). A dobre pytanie jest bezcenne. Bez niego nie ma szans na żadną odpowiedź. Natomiast przykra prawda jest taka, że nie istnieją odpowiedzi. To znaczy, że każda odpowiedź jest niepewna, obciążona jakimś błędem. Pytanie istnieje jako jedyne, co jest bezwzględnie prawdziwe. To właśnie pytanie w naszym życiu jest fundamentalną sprawą.




Wywiad przeprowadziła Paulina Bruderek
(Gniezno, 15.12.2014 r.)

2 grudnia 2014

Poezja w ujęciu rozrywkowym - rozmowa z Pawłem Bąkowskim

Dnia 21.11.2014 r. w Klubie Muzycznym Młyn odbył się I Slam Poetycki im. Franciszka Rabelais, zorganizowany w ramach IV Festiwalu Literackiego Preteksty. O wydarzeniu oraz istocie slamu opowiada organizator a zarazem uczestnik, Paweł Bąkowski. 



Slam – rozrywka, sztuka czy sport?

To będzie najbardziej banalna odpowiedź, ale... Połączenie ich wszystkich. Fakt, że slam jest trochę sportowy i rywalizacyjny, wpływa na sposób rozrywki; w związku z tym, że istnieje tam rozrywka, prezentuje się specyficzną sztukę, co z kolei determinuje formy jakimi się wypowiada, by dostarczyć ludziom rozrywki i „pokonać” innych. Więc to wszystko się zazębia i jako, że rozmawiamy post factum, sądzę, że te wszystkie trzy elementy zagrały. Było wszystko.

Jaki jest stosunek dzisiejszego slamu do nurtu z którego się wywodzi, czyli jazz poetry? Co się zmieniło?

Myślę, że jest on bardzo krnąbrny. Slam w formule, w której się obecnie prezentuje, wytworzył pewne formy i nie ma wielkiego przywiązania do tradycji. Ta tradycja jest po prostu żywa w slamie. Nie chodzi o to, że musimy w pewnym momencie stanąć i zapodać jakiś tekst albo upamiętnić jazz poetry. To formy same w sobie są żywym nawiązaniem do tradycji i chyba to właśnie dlatego cały czas slam spotyka się z takim zainteresowaniem. Jako organizator wspomnę, że nie dojechał nasz trąbkarz, który miał pojazzować w przerwach. To miał być mój osobisty ukłon w stronę tradycji. Ponadto gdyby założyć, że w jazzie w dużej mierze liczy się improwizacja i interpretowanie pewnych zastanych struktur to myślę, że sam duch imprezy nawiązuje i nawiązywał do tego także w Młynie. Stosunek do tradycji nie jest tu służalczy, ale po prostu żywy, a przejęte formy wciąż dostarczają slamowi jakiejś pożywki, energii; nie ma żadnego sztucznego upamiętniania. To po prostu cały czas się dzieje.

Wczorajszy slam był pierwszym zorganizowanym w Gnieźnie. Pomysł zrodził się wraz z organizowaniem festiwalu, czy istniał już wcześniej, a festiwal był tylko - no właśnie - pretekstem?

Festiwal był dobrym pretekstem, czy nawet grupą pretekstów. Kiedyś przy innej okazji byłem na wieczorze, który chciał być slamem, ale moim zdaniem nie spełniał kryteriów. Zupełnie inaczej to sobie wyobrażałem. Ale jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że to ma spory potencjał i może być zrobione w odpowiedni sposób. Najtrudniej jednak zadbać o to, co jest niełatwe do zdefiniowania – nastrój, środowisko. Wydaje mi się, że na naszym slamie to się udało. A sam pomysł zrodził się po pierwsze dlatego, że uczestniczyłem we wspomnianym nieudanym wydarzeniu, a po drugie ze względu na to, że słucham  sporo rapu, utworów okołorapowych i związanych z tradycjami, o których wspomniałaś – jazz poetry czy spoken word. Są to dla mnie fascynujące rzeczy i wiedziałem, że kiedyś takie coś po prostu będzie musiało zaistnieć.
Kiedyś, na którejś edycji Pretekstów (a może to była Offeliada?) grał duet Kopyt/Kowalski, tylko z innym repertuarem. Na końcu tamtego koncertu poeta Szczepan Kopyt przeczytał swój wiersz pt. „Uderzenie”. Był to naprawdę niesamowity moment w moim życiu. I uznałem, że slam właśnie tak powinien wyglądać. W międzyczasie współorganizatorka naszego slamu, Olufa czyli Ola Dudczak, zaczęła brać udział w toruńskim życiu slamowym.  Następnie Piotr Wiśniewski ogłosił, że będzie organizował festiwal i zapytał, czy nie chcielibyśmy zrobić czegoś w duchu „Oślej Ławki”. Od razu pomyślałem o slamie. Akurat wtedy czytałem Rabelais i wszystko ładnie mi się połączyło. Były wakacje, było ciepło i to wszystko musiało wyglądać tak, jak wyglądało w piątek.

I wyszło dobrze. Gratuluję organizacji, a przy okazji także wygranej.

Dziękuję. Myślę, że tu ogromną rolę odegrało to, że – jak mówią piłkarze – grałem przed swoją publicznością, nie da się tego ukryć. Powiem szczerze, że bardzo podobał mi się kolega Buri, który również był w finale. I uważam, że choć brakuje mu trochę mojego uroku (śmiech), to technicznie był świetny i bardzo mi się podobało, szczególnie dobrze poradził sobie w momencie improwizacji. Poziom był bardzo zróżnicowany, w głosowaniach też były duże rozbieżności. Także nie chcę tu umniejszać moim wytworom, bo jestem z nich zadowolony – gdybym nie był, w ogóle bym nie występował – ale chcę zwrócić uwagę na to, że sam proces był rzeczywiście dużo ważniejszy. 

Jaka jest obecna kondycja slamu w Polsce?

Do niedawna znałem slam bardziej z teorii, więc trudno mi odnosić się do kondycji w Polsce. W miastach takich jak Gniezno jest to sprawa stosunkowo świeża, ale przyjęta została dobrze, więc jest tu jeszcze wiele do zrobienia, wiele przestrzeni do zaanektowania. Podobnie pokrewna forma, czyli stand-up, który tez nie jest w Polsce specjalnie popularny, mimo wielu prób medialnych i organizacyjnych. Tradycja zmierzenia się ze słowem, w dużej mierze słowem improwizowanym i poetyckim, cały czas jest w Polsce wyzwaniem. Aczkolwiek nie mówię tego z pozycji eksperta, to tylko moje luźne wrażenie. 

Wydaje mi się, że ze względu na swoją specyfikę slam ma wiele punktów wspólnych ze stand-upem. Gdzie leży granica?

To prawda. Ale szczerze mówiąc nie wiem, gdzie jest granica. Gdybym nadal był studentem, pewnie musiałbym wprowadzić tu jakieś kryteria, ale w tym momencie teoretyzowanie mnie niespecjalnie interesuje. Granice… Pewnie takie, że jednak slam – co jest kwestią tej tradycji, o którą wcześniej pytałaś – bardziej dotyczy pewnej poetyckości. I tu też można otworzyć pole wielkiej rozkminy, czym ta poetyckość mogłaby być. Może to jest także kwestia tych trzech elementów, którymi rozpoczęłaś rozmowę – sportu, rozrywki i sztuki. Stand-up często bywa i ma być rozrywkowy, niekoniecznie występuje ten element rywalizacji - może być, ale nie musi. Stand-up jest szerszą formą; stylem, w którym może wypowiadać się slamer. Natomiast w slamie powinna być oceniana także poetyckość. Czy jest oceniana? Trudno powiedzieć, bo ocenia publiczność, w związku z czym ten element rozrywkowo-ludyczny odgrywa wielką rolę. Także widać, że się zazębiają. Choć są jednak czymś innym, bo stand-up jest bardziej formą wypowiedzi, natomiast slam zakłada też pewną strukturę wieczoru, spotkania. I też w zależności od tego jak poeta – slamer czuje się w jakich tekstach – jedne są bardziej „tradycyjnie” poetyckie, inne bardziej przegadane, więc to zależy też od języka, którym się dany twórca posługuje.

Co jest ważniejsze: treść wierszy czy sposób ich prezentowania? Istnieje reguła?

To jest właśnie fajne. Myślę, że nie ma reguły, aczkolwiek ja bym się skłaniał – a pewnie rosyjscy formaliści by się ze mną zgodzili – że forma się staje treścią przy tego typu spotkaniu. Nie ukrywajmy, że jest to rodzaj – przepraszam za słowo - performance’u i słowa same z siebie nie istnieją abstrakcyjne, istnieją w pewnym wypowiedzeniu, dlatego ten akt performatywny jest szalenie ważny. Natomiast sama w sobie ekspresja, bogata gestykulacja, gra intonacją i tak dalej - myślę, że też by nie wystarczyły, więc kluczem jest tu pewna wypadkowa. Wiele też zależy od publiczności i kontekstu. My założyliśmy, że jest to slam im. Franciszka Rabelais w Młynie. Inaczej zapewne wyglądałby on w mitologicznej kawiarni krakowskiej, a inaczej wyglądał w Gnieźnie, gdzie publiczność jest nowa i czujemy się wszyscy jak Polacy w ’89 – „co się dzieje?” W każdym razie – patronem slamu był Franciszek Rabelais, wiec element ludyczności, zamaszystości tekstu, jego potencjału humorystycznego i lekkości był bardzo istotny. W związku z tym, że były to godziny późnowieczorne, piątkowe, barowe – trzeba wziąć pod uwagę, że element percepcji werbalnej i intelektualnej też nieco spada, wiec komponent cielesny odgrywa większą rolę.

Czyli wszystko jest zależne od konkretnego slamu, konkretnej okazji.

Jasne.

W związku z tym zastanawia mnie, czy każda poezja nadaje się na slamową scenę. A może niektóre utwory powinny pozostać na kartkach papieru?

Myślę, że nie każda poezja się nadaje. Chyba jest tak, że są teksty poetyckie, które lepiej czytać na głos, nawet samemu sobie - nie mówię oczywiście w kontekstach slamowych. Ale są też takie, którym to wypowiedzenie na głos niekoniecznie pomaga, czy wręcz mają naturę kontemplacyjną, medytacyjną i nie muszą wybrzmiewać. Jest rodzaj poezji, który służy wypowiedzeniu i to ta koncepcja jest mi bliższa – kiedy poezję można wygłaszać. Spośród własnych tekstów wybrałem te, które nadają się na scenę.

Czyli z perspektywy uczestnika – poeta na scenie slamowej jest tym samym poetą, który pisze do tomików?

Te zbiory mogą być łączne, ale nie muszą. Wśród poetów większość nie slamuje a slamerzy niekoniecznie są poetami. W ogóle pojawia się pytanie o to, co to znaczy być poetą. Czy to ktoś, kto pisze świetne teksty, ale trzyma je na dysku twardym i nikomu ich nie pokazuje? Czy może musi wydawać, a jeśli już to w tomiku czy w Internecie?

Równie dobrze może pojawić się pytanie czy wiersze trzymane na dysku twardym to wciąż poezja.

Chyba jest. Ja jestem zdania, że poezja nie musi być zapisywana na pożółkłej kartce skropionej słoną łzą i oświetlanej blaskiem świec. Powiedziałbym nawet, że oby nigdy taka nie była. W każdym razie to pytanie o definicję poety, natomiast ja jestem w stanie wyobrazić sobie, że te dwa zbiory – poeci i slamerzy - niekoniecznie muszą się stykać. Doskonale wyobrażam sobie sytuacje, w których do tego nie dochodzi.

Biorąc pod uwagę wszystko co powiedziałeś o slamie i jego widowiskowym charakterze, można odbierać go z dwóch perspektyw. Jako wierność i zdradę poezji. Wierność, bo stanowi próbę dopasowania jej do nowych warunków i „sprowadzenia jej na ziemię”. Zdradę – może sugerować utratę wiary, że poezja obroni się sama w tradycyjnej formie. Co o tym sądzisz?

To jest bardzo ważne pytanie, poruszyłaś tu istotną i niezwykle szeroką kwestię. Zacznę od końca – wydaje mi się, że poezja nie do końca sobie radzi. W Polsce poezji czyta się bardzo mało. Równie mało się wydaje – ostatnio słyszałem, że wydaje się około 500 tomików rocznie. Na 38 milionów mieszkańców to chyba nie jest dużo. Więcej jest osób piszących poezję, niż ją czytających. Jest problem z krytyką poetycką, działa urynkowienie i ludziom się po prostu nie opłaca tego robić, w związku z czym jest naprawdę spory problem z poezją. Ja bym chciał, żeby sobie poradziła i wierzę, że w jakiejś formie tak będzie.  Natomiast co do tego, czy jest to wierność – uważam, że wierności w ogóle nie musi być. Nie mamy żadnego długu wobec poezji, to poezja ma dług u slamerów. Bo jeżeli sięgnąć do historii literatury – w starożytnej Grecji byli aojdowie, którzy śpiewali pieśni i melorecytowali teksty; w zachodniej Afryce byli grioci, którzy też przekazywali werbalnie niespisaną tradycję i z tego wyewoluowała poezja. Można więc powiedzieć, że dzisiejsi slamerzy powracają do tego. Swoją drogą po slamie usłyszałem niesamowite słowa - pewna osoba wyraziła opinię, że było to jak powrót wieszczy – w takim sensie, że to ponownie może się stać istotne. Gdyby kilka lat temu ktoś powiedział mi, że będziemy się spotykać, czytać sobie wiersze i będzie towarzyszyła temu taka zabawa i energia, to raczej bym nie uwierzył. Jednak przypomnijmy sobie Mickiewicza i Słowackiego oraz ich - jakbyśmy dziś powiedzieli - beefy, podsumowane słynnym: „nie wrogi / Lecz dwa na słońcach swych przeciwnych - Bogi”. Świadczy to o tym, że poezję w pewnych kręgach utożsamiano z wydarzeniem społecznym, towarzyskim. Dziś mamy o nieco błędne wyobrażenie na temat tego jaka była ona kiedyś. Więc myślę, że nie potrzeba tej wierności, bo poezja sama w sobie jej nie wymaga, jej natura nie na tym polega.A wracając do pierwszego członu pytania - wydaje mi się, że to odwieczny problem wszelkiego rodzaju popularyzatorstwa. Zawsze znajdą się ludzie, którzy zarzucą: „jak można wejść do muzeum bez ochraniaczy na butach? Jak można zdjąć szyby i odsłonić eksponaty? Jak można przeklinać w teatrze? Przecież to jest profanacja!” Jeśli kultura ma być żywa, musi ulegać permanentnym przemianom. Ale jednocześnie nie wpisywałbym ruchu slamowego w ruch popularyzowania poezji, jest to raczej nurt boczny, jakaś odnoga, która zawsze żyła swoim życiem. Nie ma presji i sztywnych zasad, na przykład: „spotkajmy się za rok i sprawdźmy, jak wzrosło czytelnictwo poezji”. Slam ma swoje zadanie: ma się zadziać w konkretnym miejscu, konkretnym czasie; w momencie, gdy twórca tekstu go czyta i kiedy odbiorca go słucha. Są bardzo blisko, po chwili mogą razem usiąść, porozmawiać i to właśnie moment wydarzenia jest istotny. Po prostu posługujemy się wtedy językiem poezji, dlatego jest ona zawsze obecna. 



Wywiad przeprowadziła Paulina Bruderek
(CHECKOUT, Gniezno, 25.11.2014 r.)

Relację oraz zdjęcia ze slamu znaleźć można tutaj.

26 listopada 2014

Rezydencje - wywiad z Łukaszem Gajdzisem, kierownikiem artystycznym Teatru im. A. Fredry w Gnieźnie

Czym jest projekt o tajemniczej nazwie "Rezydencje"? Skąd wziął się pomysł na jego realizację akurat w teatrze im. A. Fredry w Gnieźnie ?
Program rezydencyjny funkcjonuje na całym świecie, w Polsce na razie raczkuje. Realizowany jest głównie przez muzea lub galerie, które organizują właśnie rezydencje artystyczne. W dużej mierze opiera się on na gościnnych pobytach artystów z różnych zakątków świata, na nawiązywaniu z nimi współpracy. Każdy taki pobyt kończy pewna forma performatywna, na przykład spektakl teatralny, jak to będzie miało miejsce w przypadku rezydencji prowadzonych w teatrze im. A. Fredry w Gnieźnie.
Obserwowałem takie rezydencje na świecie i byłem nimi szczerze zafascynowany. Będąc na stypendium we Francji dostrzegłem, że istnieje pewnego rodzaju łatwość w nawiązywania kontaktów między krajami europejskimi takimi jak Włochy, Niemcy, ogólnie krajami starej Unii. W Paryżu czy innych dużych miastach nie ma problemu z tym, że są wystawiane spektakle w innych językach. Bierze w nich udział liczna grupa widzów, którzy mimo tego, że nie rozumieją partii dialogowych przedstawienia, to i tak chcą je oglądać, są bowiem ciekawi innych estetyk.
Inaczej kwestia rezydencji wygląda w Stanach Zjednoczonych. Tam istnieją one z powodzeniem już od dwudziestu paru lat. Miałem okazję obserwowania tego zjawiska uczestnicząc w rezydencji artystycznej u Boba Willsona w The Watermill Center. W momencie kiedy przygotowywaliśmy program dla teatru w Gnieźnie doszedłem do wniosku, że możnaby stworzyć taką platformę międzynarodowej współpracy także w Polsce, w której przestrzeń artystyczna, zwłaszcza teatralna, jest niezwykle zamknięta. Polacy tworzą dla Polaków polskie przedstawienia. Oczywiście powstają również spektakle w oparciu o literaturę światową, ale mimo wszystko twórcy poruszają się w obrębie pewnego kodu. Moim wielkim marzeniem jest, aby mieszać poszczególne kody kulturowe. Nie można bowiem jednoznacznie stwierdzić, że to co nasze jest dobre, a to co obce jest złe. Inne spojrzenie na sztukę teatralną, wynikające z odmiennej kultury, czy statusu społecznego jest szczególnie inspirujące.
Przygotowania do tego programu rozpoczęliśmy na początku roku i teraz zmierzamy już do jego finalizacji. Mamy obecnie dwie rezydencje: ukraińską i brazylijską. Projekty powstające w ramach wymienionych rezydencji realizowane są pod hasłem „Niewidzialni". Jest to bardzo przewrotna nazwa, ponieważ prezentuje dwa odmienne aspekty, poruszane przez dwa różne projekty. Pierwszy, w ramach, którego powstał spektakl „Niech nigdy w tym dniu słońce nie świeci", realizowany jest we współpracy ze stowarzyszeniem "5 zmysłów - Ekspresja". Biorą w nim udział osoby niepełnosprawne oraz aktorzy naszego teatru. Premiera już 28 listopada 2014 roku. Drugi projekt „Spowiedź masochisty” powstaje we współpracy ze szkołą teatralną a So Paulo.

Do kogo skierowany jest projekt pt. „Niech nigdy tego dnia słońce nie świeci"?
Nie zastanawialiśmy nad tym, kiedy podejmowaliśmy się jego realizacji. Jest jakaś średniowieczna, gnieźnieńska legenda. Nie jest to legenda infantylna i myślę, że każdy może się nią zainteresować. W trakcie przedstawienia dokonuje się niejako jej dekonstrukcji. Jest tylko kanwą, startem, aby opowiedzieć o tym, jak niepełnosprawni są postrzegani, jak widzą samych siebie, jak odbijają się w krzywym zwierciadle. W projekcie bierze udział ukraiński rezydent Wołodymir Worobiow, współpracujący z reżyserem Rafałem Urbackim.
Gniezno jest idealnym miejscem dla prowadzenia rezydencji artystycznych. Jest miejscem które po długim okresie bardzo konkretnego modelu teatru tworzy się na nowo. Teraz ma zupełnie nowy start, nowy początek. Myślę, że przedstawienia, które obecnie realizujemy udowadniają, że istnieją różnorodne style teatralne. Teatr w Gnieźnie zostaje dostrzegany na teatralnej mapie Polski. Fajnie, że to miejsce staje się swoistym laboratorium. Niech nadal takim będzie. Niech stanie się miejscem wymiany myśli i pokazywania tego, co mają inni. Może to jest równie ciekawe albo ciekawsze niż to co mamy my?

Jaka tematyka podejmowana będzie w spektaklu „Spowiedź masochisty", realizowanym przez brazylijskich twórców w ramach rezydencji artystycznych?
Druga rezydencja jest równie ciekawa. Również dotyczy „Niewidzialnych". Opowiada o "niewidzialnej" ręce rynku. Znajdujemy się obecnie w kryzysie. Tak naprawdę nie wiadomo nawet w jakim, ani skąd się wziął? Czym w ogóle on jest? Czy ktoś go spowodował, a jeśli tak, to kto? Dlaczego wybuchł akurat w 2008 roku, a nie na przykład w 2014? Nie przypadkowo o tym mówię. Zadecydowaliśmy bowiem z dwójką brazylijskich realizatorów, z którymi współpracujemy w ramach rezydencji, że takim wspólnym tematem będą właśnie procesy ekonomiczne nawiązujące do filozofii wolnego rynku Miltona Fiedmana. Procesy te mają obecnie charakter globalny, są tożsame w różnych krajach. Zachodzą w całkowicie różnych częściach świata, a mimo to są do siebie dość podobne. W Polsce panuje kapitalizm. Z jednej strony jesteśmy nim zachwyceni, z drugiej natomiast dostrzegamy jak często brutalną postać przybiera. Teatr zdaje się być miejscem, w którym świadomie można zadawać pytania: dlaczego tak jest? Dlaczego tego nikt nie pilnuje? Dlaczego my jako społeczeństwo obywatelskie też tego nie pilnujemy? No i jak się okazuje, wyzysk, bo taki jest główny temat tego projektu, miał czy ma miejsce także w Polsce. Mówimy o złych warunkach pracy, ale również o sytuacjach w których praca wykonywana w Polsce, gdzieś indziej warta jest pięć razy mniej. Do momentu w którym będziemy społeczeństwem nisko opłacanym, m.in. firmy zagraniczne u nas otwierać będą swoje podwoje. Natomiast z czasem sytuacja ekonomiczna zmusi je do ucieczki jeszcze dalej na wschód. Taki proces możemy zaobserwować już dziś. W Brazylii panuje analogiczna sytuacja. Tamtejsze społeczeństwo trapią podobne problemy. Na tej kanwie mogliśmy się spotkać. Wspólnie tworzony spektakl nosi tytuł „Spowiedź masochisty". Powstał na bazie tekstu czeskiego autora Romana Sikory i to bynajmniej nie przez przypadek - zarówno Czesi jak i Polacy pracują najwięcej w Europie. Tygodniowy czas pracy sięga 44 a nawet 48 godzin. Dla porównania, Francuzi pracują jedynie 35 godzin. Większa liczba godzin pracy sprzyja powstawaniu słynnych już dowcipów typu: mam już jeden etat więc zapłacę za wynajem, teraz muszę sobie znaleźć drugi, aby mieć za co żyć. Może nam się to wydawać śmieszne, ale tak naprawdę to jest straszne. Nikt nie zwrócił uwagi, nie zareagował na to, że pracujemy za pensję, która kompletnie nie odzwierciedla tego, ile w rzeczywistości kosztuje nas utrzymanie. Czy pensja pozwala nam na spokojną egzystencję? Odpowiedź brzmi - nie. Pozwala czasem jedynie na wegetację. 

Premiera spektaklu „Spowiedź masochisty" będzie miała miejsce 19 grudnia 2014 roku.
Obu projektom, realizowanym w ramach rezydencji, towarzyszą wydarzenia około premierowe. Warto więc śledzić poczynania gnieźnieńskiego teatru im. A. Fredry. W ramach rezydencji brazylijskiej odbędzie się na przykład spotkanie z Jackiem Żakowskim, dotyczące neokolonializmu gospodarczego. Zapraszamy!

Zdjęcia z próby spektaklu „Niech nigdy tego dnia słońce nie świeci":










Wywiad przeprowadziła: Anna Zdrojewska
Korekta: Dorota Wachowiak
Zdjęcia: Anna Zdrojewska
(CHECKOUT, Gniezno, 25.11.2014 r.)

19 listopada 2014

Rozmowa z twórcami filmu „Bobry” - Hubertem Gotkowskim i Marcinem Kabajem


Jagoda Haloszka: Wyreżyserowaliście film „Bobry”. Opowiedzcie czytelnikom jak wpadliście na pomysł stworzenia filmu o powrocie grupy punkrockowej i czemu nazwaliście tę kapelę Bobry, czy któryś z Was jest fanem tych bardzo pożytecznych zwierząt?
Hubert Gotkowski:  W Rzeszowie jest bardzo dużo bobrów. Pomysł na tytuł filmu „Bobry” to zasługa Marcina. Siedzieliśmy na plantach w Rzeszowie i zastanawialiśmy się nad tytułem filmu i wtedy wyszedł bóbr. Marcin powiedział „O bóbr!”  i tak zostało.  A jeśli chodzi o film to wszystko zaczęło się 4 lata temu. Ja zacząłem pisać film o śmierci i po napisaniu kilkunastu kartek wysłałem to do Marcina, który był wtedy w Irlandii, z pytaniem czy to ma sens. Marcin wtedy wysłał mi odpowiedź „Nie chce mi się tego czytać, zacząłem pisać swój film, więc przeczytaj mój. Jak ty przeczytasz mój to może ja wtedy spojrzę na twój”. Zacząłem czytać scenariusz Marcina i bardzo mi się spodobały postacie, które tam opisał. Zacząłem czytać od sceny w szalecie i stwierdziłem, że albo go przekonam, żeby mi dał te postacie albo mu je ukradnę. Marcin a ty przeczytałeś to w ogóle?
Marcin Kabaj: Zrozumiałem nawet. Pierwszych pomysłów Huberta w scenariuszu nikt nie rozumie, tylko ja rozumiem. Są pisane takim szyfrem, że najpierw trzeba je wysłać do mnie. Rozszyfrowuje to i odsyłam mu z komentarzem czy mi się podoba.
H.G.: To jest prawda. Bo ja czasami daję pierwsze teksty mojej żonie. Ona boi się tego czytać. Gdy jest przy trzecim zdaniu ma do mnie tysiąc pytań. Ja mam ten problem, że w filmie mój główny bohater w pierwszym zdaniu nazywa się Marcin, w trzecim Jurek, a w siódmym Tomek. Wracając do pytanie to tak właśnie się zaczęło.

Czy film „Bobry” jest tylko dla fanów muzyki punk? Czy każdy znajdzie tam coś dla siebie?
H.G: Mogę zacytować tutaj Roberta Jarocińskiego, którego zapytano dla kogo jest ten film. On wtedy powiedział piękne zdanie. „Film Bobry jest dla każdego który choć raz w życiu był w szalecie miejskim.”
J.H.: I zna ten ból?
H.G.: Bo ja wiem, czy to jest ból? To jest tak jak film sensacyjny. Jak rozpakowanie prezentu. Nigdy nie wiesz co będzie w środku.
M.K: Spotykamy się z różnymi reakcjami, raczej pozytywnymi. Nawet od samych punkowców.
H.G.: To jest film zdecydowanie dla wszystkich.

Filmem pokazujecie, że można przełamać oklepany schemat komedii.  Jak wpadliście na ten pomysł?
M.K.: To wszystko pojawia się w czasie dyskusji. Ja chciałem tą moją cześć filmu kręcić jako paradokument o ekipie punkowej. Może faktycznie chciałem pójść  trochę stereotypowo, ale Hubert stwierdził, że mamy zrobić coś czego nie ma. Wypośrodkowaliśmy to i wyszła abstrakcyjna komedia.
H.G.: To nigdy nie było naszym założeniem łamanie stereotypów. Fajnie, że to zrobiliśmy, ale nie planowaliśmy tego.

Powiedzcie skąd czerpiecie inspiracje na Wasze filmy? Przypomnijmy czytelnikom, że „Bobry” nie są Waszą pierwszą produkcją.
H.G.: Tak, to prawda. Nie jest to nasz pierwszy film. A pomysły czerpiemy z życia, ale to jest taka głupia, banalna odpowiedź. Wiesz co, ja miałem tak ostatnio, że zerwałem się o piątej nad ranem i spisywałem na sześciu kartkach A4 mój sen, bo stwierdziłem, że to jest bardzo dobry materiał na film i muszę go nakręcić…
M.K.: Niestety, wzięli go i wywalili z baru. 5 rano zamykamy!!!...
H.G.: … i potem jak wstaliśmy rano, mówię do swojej żony, Ewy „Słuchaj muszę ci coś przeczytać, to  będzie mega film.” Biorę ten zeszyt i zaczynam czytać zastanawiając się czy ja jestem normalny.

Jesteśmy na Ogólnopolskim Festiwalu Filmów Amatorskich i Niezależnych. Jakie macie rady dla reżyserów bądź przyszłych reżyserów filmów amatorskich?
M.K.: Nie słuchajcie nikogo!
H.G.: Tak, to prawda. Nie słuchajcie nikogo! Jak macie coś w głowie to róbcie to, nawet gdy robicie to źle.
M.K.: Nie musicie się nikim inspirować, ale miejcie choć jeden autorytet.
H.G.: Jak coś chcecie zrobić, to zróbcie nawet gdy Wam powie trzydzieści osób „Nie róbcie tego!” to i tak to zróbcie. Wtedy dowiecie się sami czy warto było to robić czy też nie i potem to zrobicie lepiej. Dopóki Wam nie dadzą bańki. Jak Wam dadzą bańkę to możecie zacząć ich słuchać.

Co sądzicie o takich festiwalach jak, np. OFFELIADA?
M.K.:  Od dziesięciu  lat jeździmy na takie festiwale. Festiwale filmów niezależnych mają  swoją specyfikę - wszyscy twórcy filmów niezależnych mogą się spotkać. Czasami z takich spotkań wynikają fajne rzeczy. W odróżnieniu do tych większych festiwali, gdzie jest pełno gwiazd i przyjeżdżają i czekają tylko na bankiet.
H.G.: Te wszystkie festiwale mają to do siebie, ze ten film niezależny, offowy, amatorski, krótkometrażowy to jest dla niego jedyne życie, ponieważ on po roku jeśli nie zostanie gdzieś pokazany to potem umiera. Jeżeli twórca nie udostępni to potem nie ma tego filmu. Festiwale to jedyne miejsce, gdzie można takie filmy zobaczyć . Powinno być dużo takich festiwali!

J.H.: I tym optymistycznym akcentem kończymy naszą rozmowę. Dziękuję bardzo za udzielenie wywiadu.

H.G. i M.K.: My też bardzo dziękujemy!

Jagoda Haloszka
(CHECKOUT, Gniezno 07.11.2014)